Kontrole na jednym z największych targach koni Bodzentyn

.


Bodzentyn- Styczeń 2007

 W tym roku po raz pierwszy odwiedziliśmy targ koński w Bodzentynie. Tragedia przywiezionych tam zwierząt zaczęła się przed 5:00 rano. Jak za każdym razem podczas naszych wizyt przywitał nas na targu koński krzyk i znów widzieliśmy u wielu koni płynące łzy...

Mrok panujący o tak wczesnej porze uniemożliwiał nam możliwość dokładnego sprawdzenia stanu przywiezionych zwierząt, używając latarki zrobiliśmy szybki obchód i stwierdziliśmy że na terenie targowiska jest parę starszych koni i parę wygląda na chore. Niestety obeszliśmy cały targ parokrotnie i ku naszemu zdumieniu nie zauważyliśmy obecności żadnych służb weterynaryjnych. Zwierzęta były rozpakowywane poza rampą mimo, że samochody którymi były przywiezione nie były przystosowane do takiego rozładunku. Zostały załadowane trzy duże TiR-y oraz pełno mniejszych samochodów, wyglądające z nich pary końskich oczu żegnały nas ostatnim spojrzeniem wyjeżdżając z targu.

Odwiedziliśmy Urząd Gminy składając w sekretariacie burmistrza pismo z prośbą o wyjaśnienia stwierdzonych przez nas nieprawidłowości na terenie targowiska, udaliśmy się również do tamtejszego posterunku policji gdzie zgłosiliśmy problem złych warunków jakich są przywożone i wywożone zwierzęta.



Bodzentyn 7 marca 2005 – „Czterokopytny, Boże spraw by umieranie nie bolało”

Jak zwykle przed świtem w poniedziałek w Bodzentynie zaczyna się piekło na ziemi. .. Przed targiem długie kolejki samochodów, przyczep i TIR –ów. Słychać rżenie i stukot kopyt. Z niektórych samochodów wyglądają głowy przerażonych koni. W ich oczach widać strach, smutek i......W tym miejscu zaczyna się ich ostatnia droga, droga na śmierć....

Tego dnia w osłabionym, pięcioosobowym składzie, bez wsparcia Policji i Inspekcji Transportu Drogowego wybraliśmy się na targ. Naszym celem było sprawdzenie czy coś się zmieniło, poprawiło, czy warunki przewozu i handlu końmi na tym targowisku są lepsze, ale rzeczywistość wymusiła na nas zmianę planów. Wieść, że jesteśmy na targu rozeszła się lotem błyskawicy, wzbudzając lęk w handlarzach i drobnych przewoźnikach. Zaczęli nerwowo kończyć transakcje i w popłochu uciekać. Od pierwszej chwili na zasypanym śniegiem placu wyróżniał się biało -niebieski samochód, znanego nam z wcześniejszych wizyt na tym targu przewoźnika. Spośród około 150 koni wybrał najsłabsze i chore zwierzęta. Załadował na przemian młode i stare, oraz kalekie...

Stojąc na targu dokładnie obserwowaliśmy ten samochód, dlatego wiedzieliśmy, jakie zwierzęta się tam znalazły. Wiedzieliśmy, że jest tam mały, chory i słaby źrebaczek, oraz koń z poważnym urazem przedniej kończyny.! Postanowiliśmy go dogonić. Nie mogliśmy sami zatrzymać samochodu, więc poprosiliśmy telefonicznie o pomoc Policję. Po około 45 kilometrach od Bodzentyna udało się  zatrzymać samochód, jednak przewoźnik odmówił otwarcia go. Posypały się pod naszym adresem przekleństwa, obelgi i groźby, usłyszeliśmy, że źle skończymy, że niedługo będziemy 2 metry pod ziemią, że na pewno wkrótce będziemy zimni..

Na miejsce zdarzenia wzywamy Powiatowego Lekarza Weterynarii, walczymy o to, aby rozładować ten samochód i pomóc, chociaż tym zwierzętom, które nie podołają dalszym trudom transportu w drodze na śmierć. Powiatowy Lekarz Weterynarii przyjechał z drugim parolem Policji i zarządził wyładunek zwierząt oraz ich oględziny. Po otwarciu tylnej klapy naszym oczom ukazał się straszny widok. Obraz tak wstrząsający, którego nigdy nie zapomnimy. Chociaż samochód przejechał dopiero 45 kilometrów kilka koni już leżało. Przy samym wejściu leżał mały źrebaczek, nie umiał ustać był tak słaby i zmęczony. W głębi samochodu leżały poprzewracane również inne konie, kilka z nich miało już krwawe otarcia na skórze. Z tyłu  za zadami innych koni stoi załadowany w poprzek wozu piękny młody wałaszek kopany po brzuchu przez inne konie. Taki sposób ładowania koni jest szczególnie okrutny i niezgodny z Ustawą o ochronie zwierząt.. Zdążyliśmy się  przekonać, że jest to często stosowana praktyka przez tego właśnie przewoźnika, za co już dzięki naszej interwencji dostał wyrok sądowy. To jego kolejne wykroczenie dotyczące łamania Ustawy o ochronie zwierząt. Rozpoczyna się najbardziej przykry moment-rozładunek koni. Jako pierwszy wyładowywany jest mały źrebaczek, niestety kilkakrotne próby podniesienia go nie przynoszą zamierzonego skutku. Wreszcie udało się, został podniesiony i wyprowadzony Spoglądamy na siebie i bez słów wiemy, że trzeba spróbować go ocalić. Źrebak trzęsie się na nogach. Następnie wyprowadzane są kolejne konie, w samym środku jest koń z urazem przedniej nogi, który decyzją weterynarza zostaje odładowany. Powiatowy Lekarz weterynarii proponuje  nam zatrzymanie klaczy do czasu wyjaśnienia sprawy przez Sąd, natomiast przewoźnikowi proponuje oddanie klaczy do uboju sanitarnego. Zaczyna się  nasza walka o życie konia- proponujemy odkupienie-padają jednak horrendalne ceny-przewoźnik chce jak najwięcej zarobić. Jesteśmy świadomi, że przewoźnik zrobi wszystko, żeby ją nam odebrać, że znowu prawo może stanąć po stronie tego, który krzywdzi, a nie tego, który jest krzywdzony (tak było w przypadku Jarusia, gdzie prawo stanęło po stronie właściciela). I co wtedy - po miesiącu musielibyśmy ją oddać na pewną śmierć-w takiej sytuacji jedynym rozwiązaniem wydaje się nam odkupienie. W grę wchodzi życie, dlatego nadal negocjujemy, aż w końcu pada kwota 2900 zł, którą jesteśmy w stanie zapłacić i klacz jest uratowana. Chcemy jeszcze uratować źrebaczka-ale niestety walkę o jego życie przegraliśmy-mięso młodych koni jest zbyt poszukiwane na rynkach zachodnich, więc przewoźnik nie chciał go sprzedać Źrebak patrzy na nas błagalnie, prosi o pomoc, patrzy na nas ze smutkiem, nie z wyrzutem, a my nie możemy zrobić już nic..... My znamy ten wzrok- to spojrzenie anioła-takiego spojrzenia się nie da zapomnieć. Każdy z nas już doświadczył tego. To jest najtrudniejsza część naszej działalności-widzimy proszące spojrzenia wielu koni-tak jak w tym samochodzie, a możemy uratować tylko jednego........... Pozostałe konie są ładowane, a nam łzy same płyną po policzkach, źrebaczek jest ostatni patrzy na nas najdłużej. Przez szczeliny w samochodzie spoglądają na nas smutne końskie oczy, dla nich to już ostatnie chwile, jadą na śmierć.

Klacz jest uratowana - została przewieziona do Przystani.. Nasza Grażynka - która ostatnio nie może nam towarzyszyć w tych wyjazdach, ale jest z nami sercem i załatwia wiele spraw telefonicznie- dzwoniąc pytała płaczliwym głosem czy już jest, czy odkupiona, czy zwyciężyła, i gdy usłyszała, że tak powiedziała –„to nasza Victoria”, więc mamy Viktorię - nową mieszkankę przytuliska.

Bardzo się cieszymy, z każdego nowego, ocalonego życia, lecz stając w tak dramatycznej sytuacji pozostaje niedosyt, że nie mogliśmy zrobić nic więcej.

Wśród towarzyszy niedoli Viktorii były piękne młode konie, wyrodzone do granic możliwości klacze i spracowane wałachy. Pada pytanie, na które nie ma odpowiedzi, dlaczego i za co taki okrutny los...........

Stojąc tam w poczuciu bezradności, patrząc w oczy tym, które odjeżdżały mieliśmy  świadomość, że nie mogliśmy zrobić dla nich nic,  jak tylko prosić  o jedno:

         .....CZTEROKOPYTNY BOŻE SPRAW, BY UMIERANIE NIE BOLAŁO.......

Zostały sporządzone protokoły oraz doniesienia o popełnieniu przestępstwa. Przewoźnik kolejny raz zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i – mamy nadzieję-ukarany.


Relacja z targu koni rzeźnych w Bodzentynie k/Kielc

Bodzentyn 10.11.2003r. godzina 6.00 rano, na dworze jeszcze ciemno, zaczyna świtać. Na teren targu zaczynają wjeżdżać Tiry, ciężarówki, traktory z przyczepami, Nysy, Żuki i wiele innych samochodów z których dobiega głośne rżenie i odgłosy walenia kopyt. Po otwarciu trapów dosłownie wypadają i wyskakują przerażone konie.  "Oporne" osobniki wygania się widłami, deskami, batami i czym tam popadnie. Ok. godziny 7.00 na terenie targowiska znajduje się przynajmniej 500 koni a ciężarówki wciąż wjeżdżają. I tu zaczyna się gehenna dla większości zwierząt. Szybkie transakcje, wpychanie do ciężarówek
tyle koni ile wejdzie. Słychać pisk, żałosne rżenie, kopanie w burty
samochodów.   Po trzech godzinach z targowiska zaczynają wyjeżdżać
załadowane ciężarówki. Na placu pozostaje niewielka ilość koni. Właściciele stają się coraz bardziej nerwowi, szukają chętnych na swoje konie. Wściekli zaczynają odgrywać się na zwierzętach, szturchają, smagają batem. Przerażone konie czując nerwową atmosferę, zaczynają kopać się między sobą, stają dęba, rżą. Nie zdają sobie sprawy, że być może darowany jest im jeszcze jeden
tydzień życia do następnego poniedziałku, do następnego targu. Tydzień, ale tydzień męczarni, gdyż wściekli właściciele nafaszerują je kilkudziesięcioma kilogramami parowanych słonych ziemniaków aby zwiększyć wagę i poprawić wygląd.

Tego dnia z targowiska w Bodzentynie wyjechały też cztery konie, które zostały wykupione przez Fundację Pegasus i Komitet Pomocy dla  Zwierząt w Tychach. Konie te nie byłyby w stanie przeżyć długiego i morderczego transportu. Są to trzy klacze Twoja, Balbina i Ostatnia (imiona zostały nadane na targu) i młody ogierek FORTEK. Twoja to ok. 25 letnia kobyła, wychudzona, schorowana, po przebytym w przeszłości silnym ochwacie, który pozostawił powykręcane tylnie nogi. Pomimo tego ciężko pracowała do ostatnich sił. Jej ogólny bardzo zły stan i ogromny strach przed człowiekiem świadczą niestety o bestialskim traktowaniu przez właściciela. Balbina - 6 -miesięczna kobyłka z chorą tylnią nogą. Na szczęście nie zdążyła jeszcze doświadczyć "ciężkiej" ręki człowieka, została tydzień wcześniej odstawiona od matki. Ostatnia to 6 - letnia wystraszona, brudna kobyła, na której ciele znajdowały się świeże rany od bata. Panicznie boi się ludzi. W boksie reaguje agresywnie na pojawienie się człowieka. Roczny ogierek to wyjątkowy konik, jest bardzo duży jak na swój wiek. Prawdopodobnie całe swoje życie jadł parowane ziemniaki. Jest tak zapasiony, że weterynarz, który go badał nie wierzył własnym oczom. Zwierzak nie wie co to siano czy owies, najbardziej smakuje mu słoma! Mamy nadzieję, że uda nam się odbudować zaufanie  do człowieka, że niedługo na naszej stronie internetowej będziemy mogli pokazać zwierzęta cieszące się wolnością i zdrowiem. Dzięki naszym zabiegom pojechała z nami Inspekcja Transportu Drogowego (która zabrała 24  dowody rejestracyjne pojazdom, nie spełniającym żadnych warunków
uprawniających do przewozu zwierząt). Liczymy, że może tym razem nastąpi przełom, może zmieni się stosunek władz do takich miejsc, może zaczną je bardziej kontrolować, może policja…, może coś się uda… Każdy z nas może pomóc to zmienić.

           

       
 


BODZENTYN  10 listopada 2003r.
 

Od  godziny 5 nad ranem w Bodzentynie koło Kielc, na targu koni rzeźnych Komitet Pomocy dla Zwierząt w Tychach oraz Fundacja PEGASUS przeprowadza kolejną w tym roku kontrolę.

Wraz z Policją, Inspekcją Transportu Drogowego oraz inspektorem z Głównego Inspektoratu Weterynarii działacze KPdZ Tychy i Pegasus kontrolują:

+ warunki transportu

+ stan zwierząt ( w jakim stanie są przywożone i wywożone)

+ pochodzenie zwierząt (czy są z terenu wolnego od chorób zakaźnych, czy zwierzę nie jest kradzione)

+ świadectwo weterynaryjne.

Takie akcje są organizowane prawie co miesiąc.

W każdy poniedziałek o świcie przywożone są tu konie (od 300 do 400) większość z nich swoją drogę zakończy dopiero we Włoszech w rzeźni!!!

Przewożone są w okrutnych warunkach w zdezelowanych samochodach.

Do ciężarówki mieści się nawet 35 sztuk. Samochody nie mają pojników, przegród, mają ubytki w ścianach i podłogach, konie wpadają w nie i łamią sobie nogi. Ładowane są bez względu na wiek, stan czy płeć!!! Podczas transportu kaleczą się nawzajem, odgryzają uszy i grzywy!!

Podczas ostatniej interwencji 14 lipca br. udało nam się wykupić trzy konie, dwie klacze z połamanymi nogami i cztero miesięcznego odsadka, który był dźgany śrubokrętem po oczach po to żeby się  "dobrze" ustawił w samochodzie!

Następna kontrola targowiska zaowocowała wykupieniem cztero miesięcznego, zamorzonego  głodem odsadka z niedowładem przednich kończyn. Zwierzę to byłoby sprzedane do rzeźni za 200 zł!!! Tylko człowiek jest zdolny do takiego okrucieństwa.

Prosimy o pomoc w nagłośnieniu tego procederu, dysponujemy zdjęciami, dokumentami oraz filmem z poprzednich kontroli.

Komitet Pomocy dla Zwierząt w Tychach

Grażyna Wojda-Płochowska  0-603-586-183

Dominik Nawa  0-501-241-784

Dorota Szczepanek  0-506-972-308

Bank Śląski S.A. o/Tychy

91 1050 1399 1000 0022 0998 2426

e-mail:kpdz.tychy@interia.pl

strona: www.kpdz.tychy.horsesport.pl