AZI

.

Azi to około 25-letni wałach wykupiony 20.09.2004 r. z targu dla koni rzeźnych w Bodzentynie. Uratowany dzięki wspaniałym dziewczynkom, które kiedyś podarowały życie Samowi. Tego dnia Azi – umęczony morderczą pracą dla człowieka – leżał na placu targowiska; jego sierść pokryta grubą warstwą błota i odchodów kryła (jak się później okazało) liczne, głębokie rany od bicia, otarcia i odleżyny. Przed podróżą do naszej Przystani musieliśmy wezwać lekarza, ponieważ baliśmy się, że może jej nie przeżyć. Po około 2 godzinach od podania kroplówek wstał, spojrzał nam w oczy i jakby mówił do nas – pomóżcie mi wejść do bukmanki, zawieźcie mnie do siebie i zaopiekujcie się mną. Całą drogę leżał i od czasu do czasu skubał słomę, wstał dopiero na miejscu, kiedy usłyszał rżenie naszych koni, które go witały.
Obecnie Azi jest pod stałą opieką naszego weterynarza. Jego sztywne, spracowane nogi, wycieńczony i osłabiony organizm wskutek głodzenia, wymagają długiego leczenia
Mimo przeżyć i cierpienia, które zadał mu człowiek, za każdym razem, kiedy do niego wchodzimy mocno przytula swoją głowę wyrażając w ten sposób zaufanie, jakim nas obdarzył.

Jak trudno uwierzyć, że go już nie ma, żegnamy Cię AZICZKU....

Trudno uwierzyć, że już nigdy nie wyjrzy przez swoje okienko, że już nigdy nie podrepcze do boksu Kostusia, nie powie mu końskim rżeniem- „wstawaj i chodź, idziemy”. Najtrudniej pogodzić się z tym, że nigdy nie popatrzą na nas jego wyjątkowe oczy- miał pełne ufności piękne brązowe oczy. Nie spodziewaliśmy się tego, że Aziczek odejdzie- i pozostaje tylko nadzieja, że już nie cierpi, nie czuje bólu i, że jego umęczone morderczą pracą ciało pogalopowało na niebieskie pastwiska. Kiedy 20.09.2004r  przywieźliśmy go z targowiska w Bodzentynie, nikt nie wierzył, że Aziczek będzie żył- tak strasznie wyglądał. Zagłodzony, przeraźliwie chudy, słabnie mógł się podnieść, brudny- z oklejoną odchodami sierścią patrzył na nas z wielką ufnością. Kiedy próbował skubać siano bardzo się cieszyliśmy, a kiedy po 4 dniach zaczynał stawiać pierwsze kroki wiedzieliśmy, że jest szansa, że Aziczek pozostanie z nami. Tak też się stało. Zaczął chodzić i jeść siano, a potem zaczął zaglądać do wiadra z owsem -ucząc się go jeść. Naszej radości nie było końca, kiedy patrzyliśmy jak przybierał na wadze, jak odrosła mu nowa sierść- zaczynał pięknieć i zdrowieć. Zaczął zaprzyjaźniał się z końmi, a my podziwialiśmy, z jakim wielkim szacunkiem wszystkie go traktowały- nawet nasze źrebaki, które zawsze podskakują i kopią się wzajemnie przechodziły obok niego bardzo delikatnie. Kiedy czuł się lepiej podchodził pod same okna i zaglądał do domu, a kiedy czuł się gorzej spacerował po pastwisku parę minut i wracał do swojego boksu. Czasem leżał na pastwisku, nie skubała trawy tylko patrzył przed siebie- widać było, że za kimś tęsknił. Wszystko się zmieniło, gdy do przytuliska trafił Kostuś- stał się dla niego największym przyjacielem. Kiedy wychodził na spacer szedł po schorowanego Kostusia i rżał pod oknem jego boksu- kazał mu iść ze sobą na spacer. Tak spacerowali godzinami, oparci głową jeden o drugiego. Pewnego dnia Kostuś poczuł się gorzej i położył się- dwa dni leżał pod kroplówką- a Aziczek przychodził wtedy do niego i wołał go- prosił, żeby wstał. To było coś niesamowitego, wielka przyjaźń dwóch starych, schorowanych koni. Bardzo baliśmy się, że jeśli Kostuś odejdzie- bo Kostuś wydawał się słabszy- co wtedy będzie z Aziczkiem, a tymczasem los chciał inaczej. Sądziliśmy, że ma przed sobą jeszcze lata życia- w ostatnim czasie tak pięknie wyglądał, że wszyscy z zaskoczeniem mówili, że to nie możliwe, że to ten sam koń, niektórzy go nie poznawali. 26 czerwca wraz z innymi końmi skubał trawę na pastwisku, gdy nagle przewrócił się i nie mógł wstać. Pomogliśmy mu się podnieść i zaprowadziliśmy go do boksu. Niestety  w boksie też się przewrócił, potem znów wstał, ale był słaby, zaczął się pocić, nerwowo spacerował po boksie. Oprócz Kostusia Azi miał jeszcze kogoś na kogo zawsze czekał z utęsknieniem- były to jego dziewczynki- Ninka, Halinka, Justynka, Kasia S. i Kasia K- wspaniała grupa naszych oddanych wolontariuszek z Zabrza i Gliwic. To one dzięki akcji, którą przeprowadziły i zebranym na niej pieniądzom uratowały mu życie, to dzięki nim Aziczek uniknął śmierci. Nadały mu imię, odwiedzały go i przywoziły mu prezenty, a on zawsze na nie czekał i witał z radością opierając głowę na ich ramionach. Można powiedzieć, że bardzo je lubił- jakby wiedział, że to im zawdzięcza życie- były dla niego bardzo ważne, tak samo jak on dla nich. Postanowiliśmy dać im znać, że Azi jest chory i potrzebuje pomocy-myśleliśmy, że jeśli będzie leżał i zajdzie potrzeba kroplówki to będzie miał siły do walki o życie, jeśli będą przy nim osoby, które tak kochał. Dziewczynki przyjechały krótko po naszym telefonie, przywitał je tak jak zawsze, jakby na nie czekał i jakby czuł, że jego życie dobiega końca i chce im już ostatni raz  podziękować za życie. Chciał z nimi wyjść na ostatni spacer, przytulał się do nich i kładł im głowę na ramieniu, ciągle jednak spoglądał w stronę boksu w którym leżał Kostuś. Oczywiście Kostusiowi też zostawiliśmy otwarty boks, żeby również mógł go widzieć. O drugiej w nocy, to co było nieuniknione nadeszło Aziczek odszedł......

Do ostatnich chwil życia były z nim jego ukochane dziewczynki, odszedł z głową na ich kolanach. Pragniemy podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że mógł szczęśliwie przeżyć te ostatnie dziewięć miesięcy swojego życia, szczególne podziękowania  kierujemy dla tych, które przekazały pieniądze na jego wykup- Ninki, Halinki, Justynki, Kasi S, Kasi K, Pani Asi (fotograf), i wszystkim innym z ich ekipy, dziękujemy Beacie, która ratowała go na targu w Bodzentynie, dziękujemy Kochanej Pani Ani Lemankiewicz  z Warszawy, która przekazywała pieniądze na jego bieżące utrzymanie, a teraz sponsoruje jego największego przyjaciela Kostusia. Dziękujemy wszystkim czytelnikom Nieznanego Świata, którzy wspierali utrzymanie Azika, pisali piękne listy, dziękujemy Ani i Markowi Rymuszkom, wszystkim naszym kochanym sponsorom, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do tego, że Aziczek był szczęśliwy. Wielokrotnie widzieliśmy, że mimo krzywd jakich doznał wcześniej od ludzi, tak bardzo nam zaufał, witał nas swoim cichym rżeniem i cieszył się każda chwilą, jaką dane mu było z nami przeżyć. Żegnamy Cię nasz ukochany przyjacielu, zawsze będziemy o tobie pamiętać.................

    

Proszę przeczytajcie jak cenne i ważne jest każde ocalone życie, nie można wybierać ładny, młody, trzeba ratować tego, który najbardziej tego potrzebuje

Komitet Pomocy dla Zwierząt

Przyjaciele żegnają przyjaciela....

Kiedy późnym wieczorem 19 września 2004 roku skończyłyśmy liczyć pieniądze uzyskane z organizowanej przez nas akcji byłyśmy mile zaskoczone, że udało się zebrać kwotę, za którą można by podarować życie jakiemuś konikowi, który swoją ciężką pracą dla człowieka zasłużył sobie na śmierć w rzeźni. Ale pieniądze to  na razie tylko pieniądze. Nie było pewności, że przedstawicielom KPdZ uda się wejść na targ w Bodzentynie i wykupić jakiegoś biedaka. Ale kiedy następnego dnia rano SMS-em dostałyśmy wiadomość, że udało się uratować konia, pojawiła się niepohamowana radość, łzy szczęścia i jednocześnie lęk. Nie wiadomo było, czy konik przeżyje, był w strasznym stanie. Udało się nam odwiedzić go dopiero w środę. To, co zobaczyłyśmy przeszło nasze oczekiwania. Koń cały czas leżał, ale kiedy w końcu się podniósł, okazało się, że cały jest poobcierany, poraniony, że ledwo chodzi. Najpierw spoglądał na nas nieufnie, ale udało się go przekupić marchewką i sam podchodził do nas, żeby go pogłaskać. Dałyśmy mu na imię Azi (po łotewsku „konik”). Po powrocie do domu wszyscy dziwili się, po co w ogóle ratować takie stare konie (Azi miał ponad 25lat). Przecież one i tak niedługo umrą, a można było kupić jakiegoś młodego zdrowego konia, na którym można by było nawet pojeździć. Ale przecież takie konie mają większą szansę na to, że ktoś je kupi lub, że przeżyją swoją ostatnią drogę bez takiego cierpienia. Azi nie dałby rady. Na jego widok serce się kroiło, nie można było go tak zostawić, pozwolić, żeby umarł gdzieś na klepisku, wśród ludzi traktujących go jak śmiecia.

Kiedy przyjechałyśmy odwiedzić Aziego w maju, nie mogłyśmy uwierzyć, że to ten sam koń. Nie było śladu ran, odrosła mu piękna grzywa, wypadła „stara” sierść, przybrał na wadze. W porównaniu z tym, w jakim stanie był we wrześniu, teraz wyglądał po prostu pięknie. Dreptał radośnie po pastwisku, skubał trawę, razem z Kostusiem obchodził całe gospodarstwo, jakby sprawdzali, czy wszystko jest w porządku.

Kiedy poinformowano nas, że z Azim jest niedobrze decyzja zapadła prawie natychmiast- jedziemy do niego!, jedyne co wtedy wiedziałyśmy to to, że chcemy być przy nim- żeby wiedział, że mimo krzywd, jakie wyrządzili mu ludzie, są też tacy, którzy są dla niego przyjaciółmi; że jest ktoś, komu zależy na jego życiu. W czasie oczekiwania na weterynarza, Azi sprawiał wrażenie, jakby nam bezgranicznie ufał. Chodził na spacery mimo chłodu, ciemności i złego samopoczucia. Kiedy zbliżało się najgorsze, bardzo chciał iść do Kostusia. Ciągnął nas bardzo w stronę jego boksu, ale nie pozwoliłyśmy mu tam iść, był coraz słabszy. Wierzyłyśmy, że wszystko będzie dobrze, że zobaczą się następnego dnia rano, że będą jak zawsze spacerować po padoku. Niestety, nadeszło nieuniknione. Pozostał żal, że nie pozwoliłyśmy Aziemu pożegnać się z jego największym przyjacielem. W pamięci na zawsze pozostanie wyraz oczu, jaki miał tamtej nocy: mądre, spokojne, bez emocji, jakby chciał powiedzieć „dziękuję, że tu jesteście, że chcecie pomóc, ale to na nic, czas się pożegnać” a pocieszeniem może być jedynie fakt, że te ostatnie miesiące mógł przeżyć bez bólu i cierpienia, w godnych warunkach. I pogalopował nasz Aziczek na wiecznie zielone pastwiska...

 

 

Kto pożegnał przyjaciela, wie jaki pusty staje się świat

Kto cierpiał razem z nim... wie, że to gorsze od pożegnania

Wiemy teraz ,ze warto ratować  takie stare spracowane konie, żeby chociaż ten koniec ich drogi przez mękę był  Szczęśliwy.

Widziałyśmy Azika często i wiemy jaki był dumny i szczęśliwy, jaki był piękny i ważny dla nas. Pożegnałyśmy na zawsze swojego wielkiego przyjaciela, o którym zawsze będziemy pamiętać i który na zawsze pozostanie w naszych sercach.

Kiedy odwiedzamy Przystań Ocalenie, nasze oczy w pierwszej kolejności  spoglądają na to okienko, z którego zawsze patrzył na nas nasz Azik, tak bardzo chciałybyśmy go jeszcze zobaczyć i przytulić........tak trudna nam uwierzyć, że o już go  nie ma.

Nina, Halina, Justyna, Kasia S, Kasia K