BUŚ

.

Zdawało się, że los Busia jest już przesądzony. Od kilku dni znajdował się wśród koni szykowanych na wtorkowy sochaczewski targ. Mogło to oznaczać tylko jedno – śmierć w rzeźni. Stał samotnie w rogu pastwiska, w którym była nie wyschnięta jeszcze po deszczu kałuża. Czasem podchodziły do niego inne konie- towarzysze ostatniej podróży ale i one szybko odchodziły czując nadchodzącą śmierć. Stojącego ostatkiem sił kuca zauważyła przejeżdżająca kobieta. Wzruszył ją widok cierpiącego stworzenia. Jego oczy wbiły się jej w pamięć jakby na zawsze. Wróciła tam…

Z relacji handlarza wynikało że ma 4 lata i  jest „ze wschodu”.

O ciężkim ochwacie na cztery nogi nie wspomniał, ale dla czystości swojego sumienia szturchnął konia żeby zademonstrować jego chorobę. Buś poruszył się o kilka kroków ale ten wyczyn był dla niego niemal ponad siły. Jego okupiona cierpieniem głowa zwisała bezwładnie do ziemi. Nie zwracał uwagi na piękną letnią pogodę ani soczystą trawę przed nim. Jego ciało obsiadały miliony dotkliwie kąsających much, przez co zwierzę nie było kasztanowe lecz czarne. Wrażenie jakie na niej wywarł było wstrząsające. O swoim przeżyciu opowiedziała rodzinie. Pomimo braku środków na wykup oraz warunków niezbędnych do hodowli konia podjęli heroiczną decyzję o ratowaniu zwierzęcia. Handlarz jakby z ulga przyjął ich propozycję spłaty konia w ratach i tego samego dnia przywiózł go do nowych właścicieli.

Buś dostał drugą szansę. Chwilowo zamieszkał pod gołym niebem, ale wcale mu to nie przeszkadzało, mieszkał w małym zagajniku brzozowym w malowniczej miejscowości o wiele obiecującej nazwie Pasikonie.

To lato było wyjątkowe, okupione ciężką pracą i opieką nad koniem, który rokował niewielkie nadzieje na powrót do zdrowia. Przez ponad miesiąc Buś stał w specjalnie wykopanym dla siebie dołku wypełnionym wodą. Przynosiło mu to znaczną ulgę. Wizyty zaprzyjaźnionego weterynarza były częste, ale przynosiły efekty. Taki stan trwał około dwóch miesięcy. Z nadejściem sierpniowych chłodnych nocy jego stan się gwałtownie pogorszył.

Jego właściciele jednak nie poddawali się. Bez przerwy aplikowali Busiowi lekarstwa, dbali by zwierzę było w cieniu, przewracali go z boku na bok.

Nawet ich dzieci bezustannie sprawdzały czy ma chłodne kopyta, przywiązywały do nich lód i polewały wodą. Całe wakacje spędziły na obserwacji. Donosiły mu wodę i jedzenie. Zauważyły ze koń wybiera spośród trawy kilka roślin i zjada je z wielka chęcią. Były to trzy zioła; krwawnik, skrzyp i ????????  to był sygnał, że Buś też walczy i stara się wyzdrowieć.

Poprawa jednak nie nadchodziła. Pojawiły się obfite wysięki ropne z kopyt oraz temperatura skakała jak szalona. Po kilku krytycznych dniach, nieprzespanych nocach, zmaganiach z podjęciem decyzji o eutanazji nadszedł upragniony przełom. Zwierzę z dnia na dzień wracało do zdrowia i nabierało sił. Buś zaczął się częściej podnosić, więcej chodzić. Jego stan szybko się poprawiał, zaczął być narowisty i trochę krnąbrny. Późną jesienią był już zupełnie zdrowy, ujawnił się u niego prawdziwy temperament. Demolował ogrodzenie swojego pastwiska oraz cześć swojej stajenki. Jego narowy nasilały się i były trudne do poskromienia. W chwilach zmęczenia, stał smutny wpatrzony w dal i jakby za czymś tęsknił…  Te momenty zmuszały do zastanowienia jego opiekunów, sprawiały przykrość i smutek. Aż pewnego dnia podjęli decyzję o oddaniu go.

Bezskutecznie szukali jakiejś stadniny, w której Buś znalazłby nowych zwierzecych przyjaciół. Wraz z ich desperacją powiększała się jego apatia.

Samotność mieszała się ze złością, którą często okazywał.

Po miesiącach poszukiwań znaleźli organizację, która wykupuje konie z transportów rzeźnych. Był to tyski Komitet Pomocy dla Zwierząt. Wspólnymi siłami udało się znaleźć mu nowy dom, w którym za przyjaciółkę ma starą 32-letnią klacz Baśkę przy, której poważnieje i jest grzeczny. W zagrodzie są jeszcze psy koty i drób, który z wielką pasją Buś gania, brykając przy tym radośnie. Widać po nim zadowolenie i szczeście.

Mamy nadzieję, że heroiczny wyczyn ratowania Busia przez Alicję i Michała nie jest odosobnionym przypadkiem. Wielomiesięczne zmagania z chorobą są zwycięstwem, tryumfem życia nad śmiercią. Wierzymy, że takich dobrych ludzi jest więcej. Każdy z nas może zmienić los jakiegoś zwierzęcia, a tych cierpiących jest przecież wiele…