ODESZŁA MEGI

.

Spotkanie MEGI było niespodziewane. Właściwie każde nasze zwierzę staje na naszej drodze przypadkowo... ale ona pojawiała się w chwili kiedy nikt z nas nie myślał o ratowaniu konia. Cała nasza trójka wracała z wielkim niedosytem z rozprawy w sądzie przeciwko handlarzowi koni.  Byliśmy bardzo zmęczeni, wstaliśmy długo przed świtem aby dojechać kilkaset kilometrów na miejsce. Długo trwało posiedzenie, potem staliśmy w korkach a ona jakby na nas czekała... Jechaliśmy znużeni w ciepłych promieniach słońca, był przecież maj - dzień matki, a ona jakby celowo powoli orała wąski, wyschnięty kawałek pola. Naszą uwagę zwróciła od razu, wyglądała jak Węgielek w dniu swojego ocalenia. Chuda, brudna i spragniona szła równo lecz jakby w spazmach. Jej nędzne ciało zlane było potem, ale mimo to nadal pracowicie szła, pewnie miała nadzieję że jak skończy to odpocznie i poskubie trawę z miedzy. Szłam do niej przez całe pole, wołałam chłopa, który widząc ciężarna kobietę jakby zdębiał, zaczęłam kłamać cos że piękna mała kobyłka, że przydałaby się mi do pracy, taka drobna, niewiele wymagająca. Chłop jakby przystał od razu podał słoną cenę, ale przystaliśmy bez wahania.

Patrzyłam jak jest wyprzęgana, oddychała ciężko, przez cienką skórę wystawały wszystkie żebra, wyraźnie była głodna. Ukradkiem skubała łapczywie perz z miedzy ale większość wypadała jej ze strumieniem zielonej śliny. Chude nogi drżały z wysiłku a ogona jakby wcale nie było... Chłop cały czas chwalił kobyłę że niby z arabów i młoda - 8-latka, dobra do rozrodu ale on rzadko ją źrebił......... My wiemy co to znaczy, była źrebna ile się dało i
do tego rok po roku, to by tłumaczyło jej stan i karykaturalną posturę. Będzie pani miała pożytek - zachwalał- a ja coś na wózek opuszczę. Jego obślizgła mina nie wróżyła nic dobrego,. Powiedział że sprzeda ale po żniwach- bo to jeszcze potrzeba zebrać- mówił.  Nie dał się przekonać, musieliśmy odjechać. Stojąc przy niej, patrząc w oczy obiecałam ze wrócę po nią, choć wiedziałam, że nie mamy pieniędzy ani boksu ale wierzyłam, że się uda. Głaskałam jej smukłą głowę i szyję i powtarzałam, że wrócę. Nie wiedziałam czy mnie słyszy, rozumie jej oczy były jakby nieobecne, bez nadziei.  Pogodzona ze swoją dolą, ciężką pracą i pustym żłobem została w mojej pamięci. Taki obraz w sercu straszliwie kłuje, robi szramę, nie powinno tak być. Zwierzę powinno być zawsze hołubione, pieszczone i kochane. Jej życie to ponad piętnastoletnia wegetacja, na którą skazał ja właściciel dla którego potulnie i bez narowów pracowała. Chłop mówił że na jesieni szykuje ją do rzeźni, choć jak przyznał - marne pieniądze za nią.

Minęły dwa miesiące, nadszedł wreszcie dzień gdy pojechaliśmy ją odkupić.  Wyglądała tak jak wtedy spracowana, brudna i głodna. Jej domem był chlew a sąsiadką stara, chuda krowa. Gdy wchodziła do przyczepy głośno rżała i oglądała się na swoją przyjaciółkę. Krowa również wytrwale nawoływała. Ją też chcieliśmy odkupić ale stary chłop powiedział że jeszcze na mleko potrzyma. Nie udało nam się go przekonać. Jeszcze w drodze nadaliśmy jej imię i porządnie nakarmiliśmy. Gdy umieściliśmy ją już w pięknym owym boksie w naszej Przystani Ocalenie w jej oczach malowało się zdziwienie ale i złość. Kilka następnych dni utwierdziło nas w przekonaniu, że Megi choć ma pełny żłób świeżą ściółkę i piękne pastwisko to tęskni za domem. Towarzystwo innych koni wyraźnie ją irytowało. Tylko na nasza młodą jałówkę patrzyła z sympatią. Po kilku dniach zaprzyjaźniła się z Kolumbem. Tolerowała obecność ludzi ale nie szukała z nimi kontaktu. Nie lubiła czyszczenia i głaskania. Próbowaliśmy stworzyć z nią więź ale ona ignorowała każdy gest. Żyła jakby sama dla siebie, nie próbowała dawanych jej smakołyków. Najlepsze owocowe pasze zostawały nie tknięte. Zjadała tylko słomę i suchy owies. Jej figura również się nie poprawiała i nadal wyglądała jak szkielet . Mimo jej niechęci i dystansu jaki wciąż trzymała, troskliwie się nią opiekowaliśmy. Ona jednak nadal podupadała na zdrowiu...

Dziś wiem, że miesiąc, tydzień, chwila miłości warta jest każdego poświecenia. Jest to kupiona miłość - kupione życie....

Megi odkupiliśmy i przywieźliśmy do przytuliska w lipcu 2004 roku. Była u ans trzy miesiące. 1 listopada nie wyszła już z boksu. Wyczerpana i smutna leżała w głębokiej słomie. Była taka drobna i krucha....  Przez dwa dni miała podawane kroplówki i odżywki. Na silne lekarstwa prawie nie reagowała. Coraz wolniej i płycej oddychała a w jej oczach gasło życie. Odeszła 3 listopada. Jej  wyniszczone pracą ciało poddało się bez walki. Zasnęła przyjaźnie patrząc nam w oczy, odeszła tam gdzie jest dobrze, gdzie nie ma pługu, chomąta i bata...

Będziesz zawsze w naszej pamięci.